wojny_wirtualne

z powrotem

WOJNY WIRTUALNE - cz.II A

Rozdzial II - "CYBERSWIAT"
------------------------------------

Jimmy ocknal sie z polsnu i gwaltownie usiadl na lozku. Sprezyny zajeczaly
makabrycznie, co przebudzilo go natychmiast. I takze prawie natychmiast dal
o sobie znac tetniacy bol glowy. Zwlokl sie z wyra i podczolgal do stolika.
Przypomnial sobie, ze zostawil tam wczoraj puszke niedopitego pyfka. Drzaca
reka uniosl ja do ust i wychylil duszkiem zawartosc. Aaaaaa! Od razu
przestalo nim telepac, pomimo ze bursztynowy nektar byl nieco mdly.
"Zupelnie jak w wieloletnim malzenstwie!", pomyslal sobie, "gaz dawno
ulecial, a ciagle trzeba pic to samo piwo." Smiejac sie nie wiadomo z
czego, siegnal po paczke szlugow, ktora lezala obok. Niestety, jak co rano,
byla pusta. Ogarnela go lekka panika. Ssalo go w zoladku, po prostu musial
zapalic, i to wlasnie teraz! Z zacisnietymi zebami pochylil sie nad
popielniczka i zaczal w niej grzebac. W koncu znalazl jakiegos peta, ktory
mial jeszcze resztke tytoniu w sobie. Niedopalek byl tak krotki, ze musial
go ujac w dwie zapalki aby go utrzymac. Juz mial go odpalic, kiedy
zauwazyl, ze pognieciona bibulka poplamiona byla rozowa szminka. Przystawil
peta do nosa i powachal. Mmmmmm, pachnialo tania marka, zupelnie jak ta,
ktora preferowala Katiusza, pospolita ruska dziwka z pobliskiego burdeliku
"Na Pieterku". Ona to miala kondyche! Byla faworytka Jimmiego. Potrafila
cala noc na raka, na stojaka, bez wytchnienia, numerek za numerkiem, jak
Wanka Wstanka. No i byla tania. Jak mawiali w Cafe ZIUTA, malo brala, ale
duzo dawala. Usmiechajac sie krzywo, Jimmy zapalil szluga ostatnia zapalka
z pudelka. Wolal zapalki od zapalniczek, bo podobno od zapalniczek
dostawalo sie raka pluc. Zreszta, w tym cholernym wirtualnym wiezieniu,
wedle opowiadan tubylcow, nikt nie chorowal, wiec o raka nie musial sie
martwic. Pewnie to byla taka sama prawda jak to, ze nikt sie nie starzal w
Cyberswiecie, pozostawal taki, jaki byl w momencie przybycia. Jimmy za
krotko tu jeszcze byl aby to sprawdzic. Ale z jednego byl zadowolony. Ze
zmian jakie zaszly w jego fizjonomii. No i co najwazniejsze, z tego, ze tu
w Cyberswiecie przestal byc impotentem!

Kapsel zaciagnal sie dymem i o malo nie zemdlal. Oooooo! Ale nim
dziargnelo! Zakrecilo mu sie w glowie nie na zarty. Krztuszac sie i
kaszlac, zdusil kiepa na blacie stolika, po czym przez chwile siedzial w
bezruchu, lapiac krotkie, plytkie, acz gwaltowne hausty powietrza. Wreszcie
ciemne plamy ustapily mu sprzed oczu, poczul sie troche lepiej, ale w
glowie nadal wirowalo. Zlapal pion i powlokl noge za noga do kibla. Kiwajac
sie nad muszla odchrzaknal flegme spod serca i walnal zielona broche do
zlewu. Po oproznieniu pecherza niezrecznie zasunal rozporek. Niestety,
zrobil mala plamke na nogawce. Usmiechnal sie po raz kolejny, bo
przypomnial sobie, co mawial jego kumpel Fajansiarz w takiej sytuacji:
"Chocbys trzepal dwa tygodnie, zawsze kropla spadnie w spodnie!".

Znowu sie zatoczyl i zeby nie zyrandol, to wysypalby sie na podloge jak
dlugi. W pokoju bylo duszno, upal juz zaczynal doskwierac, pomimo ze bylo
dopiero wpol do dziewiatej rano. Kapsel mial juz serdecznie dosc tych
goracych nocy. Kazdego ranka to samo, kac, brak snu, zmeczenie i, co
najgorsze, swiadomosc, ze musi spedzic jeszcze jeden dzien w tym zasranym
Cyberswiecie.

na gore strony

No wlasnie, Cyberswiat. Od jego przybycia minal prawie rok. To znaczy, rok
w czasie internetowym. Bo w czasie swiata zewnetrznego minal zaledwie
miesiac! Wedle popularnie przyjetych norm, czas internetowy plynal 12 razy
szybciej niz normalnie. Zreszta, co teraz bylo normalne, a co urojeniem? I
kogo to obchodzilo tu, w tym elektronicznym inkubatorze, w zakorkowanej
wirtualnej pipetce jakiegos diabelskiego laboratorium doswiadczalnego,
gdzie ludzie zyli jak mikroorganizmy w szklance wody, bladzac od scianki do
scianki, widzac co sie dzieje po drugiej stronie, ale nigdy nie mogac
wydostac sie na zewnatrz?

Jimmy otworzyl lodowke i zlustrowal wnetrze. Swiecilo pustkami, jak sklep
miesny za komuny. W rogu gornej polki stala ostatnia juz puszka Hahn Ice,
dobrego australijskiego pyfka, a na nizszej lezal samotnie sflaczaly
kawalek pizzy o smaku rybnym z zeszlego tygodnia. Aromat bijacy z lodowki
odrzucil go o dwa kroki, ale za duzego wyboru nie bylo, wiec Kapsel
przystapil do konsumowania sniadanka. Popijajac zimny nektar i zujac
kawalek sardynki, Jimmy po raz chyba tysieczny siegnal myslami do swiata
zewnetrznego.

Boze! To juz caly miesiac minal? Co sie dzieje z Psitka, czy biedne
zwierzatko jeszcze zyje, czy ktos sie nia zajal? A co z jego M2 z kuchnia?
Przeciez oszczedzal na to mieszkanko w srodmiesciu cale zycie. Pewnie
oddali je jakiemus byznesmenowi w dlugim plaszczu i z czarnym BMW. Z roboty
go na mur beton wylali, bo szef go i tak nie lubil, nie mowiac juz o nie
stawieniu sie do pracy przez caly miesiac! I co sie stalo z jego kolekcja
dmuchanych, lateksowych lalek, przeciez to go kosztowalo majatek! Co
prawda, od czasu jak pozbyl sie impotencji tu, w Cyberswiecie, nie mial
problemow z DCS, ta okrutna choroba, ktora w swiecie zewnetrznym gnebila go
przez cale zycie. Uzywal sobie niezle z panienkami, jego muskularny wyglad
Herkulesa ulatwial mu wyrywanie towarow z knajp i dyskotek. A ze Herkules
slynny byl z wladania metrowa maczuga, dziewczyny nie skarzyly sie na jego
kondycje. Ale, pomimo ze nie cierpial juz na DCS (Drastyczne Cisnienie
Spermy), to jednak tesknil troszke za dotykiem gumowych raczek i
plastykowych wlosow. Zreszta, czym on sie mial martwic? Co mieli powiedziec
ci, ktorzy zostawili na zewnatrz rodziny, zony, mezow, dzieci? Jak oni
musieli cierpiec! Jego problemy wobec ich zmartwien to byl pryszcz w
porownaniu do orgazmu.

Jako, ze byl juz po sniadaniu, Jimmy postanowil wpasc do lokalnej knajpy
'Cafe ZIUTA' na jednego glebszego, aby naoliwic sciegna. Wychodzac na
korytarz magnetycznie zabezpieczyl drzwi, po czym zalaczyl bombe-pulapke,
ktora eksplodowala przy probie wlamania do apartamentu. Apartamentu! Tez mi
dowcip. Byla to zwykla kawalerka w starym, obrzyganym, sypiacym sie
budynku. Ze scian zlazil tynk, wszedzie panoszyl sie gnijacy grzyb, kibel
przeciekal, a w powybijanych oknach wstawiona byla cienka dykta. Jedyne, co
dzialalo, to byla mala, barowa lodowka, ktora kupil od jakiegos przemytnika
za bajonska sume $300 VD, czyli Wirtualnych Dolarow. VD (skrot od Virtual
Dollars), byly legalnym srodkiem platniczym w internecie. Komornego nie
musial placic, bo i nie bylo tu zadnego komornika. Wszedzie stalo pelno
pustych mieszkan, nowi nieszczesnicy wessani do wirtualnego swiata po
prostu wybierali sobie kwatere sposrod plejady pustych lokali. Kapsel
wybral ten apartament, poniewaz do okna w klopie dochodzila drabinka
przeciwpozarowa, ktora mogla kiedys uratowac mu zycie. Tak, ostroznosci w
Cyberswiecie nigdy za wiele, a juz szczegolnie jesli sie bylo wolnym
najemnikiem sciganym zarowno przez Szklarzy jak i Nawigatorow.

na gore strony

Zbiegl na dol po trzy schodki naraz i zatrzymal sie w bramie, przed stalowa
skrzynka pocztowa. Czerwony ekranik LED w jego schowku wyswietlal "NO
MAIL". Bo i kto by do niego mial pisac? We wszystkich innych sektorach,
poza Polskim Podworkiem, uzywal kilku roznych ksywek, takich jak McGyver,
TwistTop czy Shadow. Jego faworytem byl "TwistTop", czyli Kapsel,
przetlumaczony na australijski angielski. Jimmy znal ten zwrot jeszcze z
czasow przed-internetowych, kiedy to jako mlody szczun pojechal z rodzicami
na wakacje do Sydney. Tam tubylcy pili pyfko, ktore otwierali odkrecajac
gwintowany kapsel, bez otwieracza. Pamietal, jak jego ojczulek smial sie,
ze ich nazwisko po australijsku brzmialo "Twist-Top". Tak wiec, poszukiwany
byl przez wladze jako Jimmy TwistTop, adres twisttop@geovillages.com lub
twisttop@hotmail.com, zaleznie od serwera, na ktorym wyrobil sobie falszywy
adres emailowy. Natomiast na Podworku mial adres herkules@podworko.com,
ktory dostal automatycznie po wypelnieniu tego przekletego formularza
zapisow, tej przekletej nocy, kiedy wessalo go do Cyberswiata. Nie mial
wyboru, serwer Podworka rejestrowal nowych garusow wedle formularza, tego
nie mozna bylo zmienic. Podobnie bylo w innych sektorach Cyberswiata, kazdy
nowo wessany garus dostawal adres zgodny z wypelnionym formularzem. Dlatego
Podworkowicze wolali na niego Herkules, a on nikomu nie mial zamiaru
wyjawic swego prawdziwego nazwiska. Zreszta, na takim zadupiu, jakim bylo
Podworko, nikt o szczegoly nie pytal, kazdy znany byl tylko pod swoja
ksywka i basta. Ci, co zadawali za duzo osobistych pytan, z mety brani byli
za szpiegow Internetpolu i konczyli jako denaci w kanale za smietnikiem.

I wlasnie dlatego Kapsel wybral Polskie Podworko jako swoja kryjowke. Ten
serwer byl tak maly, ze praktycznie nie istnial na mapie internetu.
Internetpol nawet nie wiedzial, ze cos takiego egzystuje. Tutaj zadomowila
sie elita marginesu spolecznego, smietanka kryminalu i plejada roznych
innych met, cwaniaczkow i przemytnikow. W takim miejscu latwo sie bylo
zgubic, przeczekac poscig lub przygotowac plan nastepnego skoku na wieksza
skale.

Poza tym, na Podworku mieszkali glownie Polacy. Co prawda, w Cyberswiecie
narodowosc czy obce jezyki nie graly wiekszej roli, bo w jakis niepojety
sposob kazdy kazdego rozumial. Mozna bylo mowic po chinsku, a rozmowca,
ktory tylko rozumial po francusku, doskonale wiedzial o co biega. I vice
versa. Jimmy nie byl calkiem pewien jak to bylo mozliwe, ale tez nie
zastanawial sie nad tym zbytnio. Po prostu, internet byl wielojezykowym
swiatem, w ktorym serwery i ludzie porozumiewali sie ze soba bez slownikow
czy tlumaczen.

Obce jezyki to jedna sprawa, ale co kultura, to kultura. Na Podworku Kapsel
czul sie jak u siebie w domu, tutaj grano w noge, a nie w rugby czy
cricketa. Tutaj pito wodke na czysto, bez zagrychy. Tutaj po prostu byla
Polska poza Polska. Kiedy rzucil po pijaku haslo: "No to na druga nozke!",
kazdy wiedzial o co chodzi, a gdy ktos inny zawolal: "Koncz wasc, wstydu
oszczedz!", wszyscy "podkrecali wasa" w stylu Wolodyjowskiego. Tak, tutaj
mogl sie z ludzmi dogadac, co pomagalo w zalatwianiu brudnych interesow.

Jimmy wyszedl przed brame i rozejrzal sie ostroznie. Na pozor teren
wygladal bezpiecznie. Po ulicach snuli sie zobojetniali na wszystko ludzie,
w piaskownicy bawilo sie kilku malcow, a nad kanalem, za smietnikiem, jak
zwykle grupka nastolatkow obalala pol basa. Ale Kapsel dobrze wiedzial, ze
to tylko pozory, w co drugiej bramie czaily sie bandy Bezdommenych lub
innych nygusow, czyhajac na samotnych przechodniow. Chwila nieuwagi i juz
mozna sie bylo pozegnac z portfelem, racja zywnosci czy moze nawet cnota.

Kladac reke na cynglu miotacza w kieszeni marynary, Jimmy ruszyl szybkim
krokiem w kierunku knajpy. Tym razem obral droge na skroty, przez trawnik
okalajacy piaskownice i drabinki. Co dnia probowal isc inna trasa, na
wszelki wypadek. Przechodzac kolo magla na rogu, ujrzal grupke wyrostkow
kopiacych jakiegos lezacego. Odbezpieczyl miotacz, ale nie zmienil
kierunku. Nawet mu na mysl nie przyszlo aby ratowac nieszczesnika, to nie
byla jego sprawa. Ot, po prostu, kibice Podworko United, lokalnego klubu
Dziesieciobojowego, urzadzali sobie zabawe. Dziesiecioboj Smierci, zwany
popularnie "Sztacheta", byl najpopularniejszym sportem w internecie.
Polegal na walce sztachetami nadziewanymi zardzewialymi gwozdziami na
smierc i zycie. Do okraglego ringu, podobnego do cyrkowej areny, wpuszczano
dwie druzyny, po dziesieciu z kazdej strony. A oni palowali sie
niemilosiernie, tak dlugo az na srodku pozostali przy zyciu tylko
zawodnicy jednej z druzyn. Oczywiscie, sport ten byl surowo zabroniony
przez wladze, niemniej jednak, w polciemnych hangarach, czy opuszczonych
piwnicach, gromadzily sie masy widzow, aby obejrzec kolejny mecz. A i
chetnych do gry nigdy nie brakowalo, bo nagrody dla zwyciezcow byly
znaczne. Zawodnicy wywodzili sie glownie z mas Bezdomennych, ludzi
pozbawionych zasilku dla bezrobotnych czy racji zywnosciowych. Wielu z nich
wolalo zaryzykowac zdrowie w Dziesiecioboju, niz zdychac w rynsztoku jak
bydle. Jesli przetrwali sezon ligowy, stawali sie slawni, a poza tym,
zarzad klubu dawal im wikt i kwatere, gdzie spokojnie mogli trenowac do
nastepnej rundy rozgrywek na wiosne. Ale tez nie brakowalo wsrod graczy
szalencow, zwylkych garusow, chetnych przygody czy moze zadnych krwi i
mordobicia.

na gore strony

Podworko United gralo w tej chwili w Trzeciej Lidze Wirtualnej. Daleko im
bylo do Webekstraklasy, ale niemniej jednak kibicow mieli fanatycznych.
Jimmiemu wydalo sie, ze ten, ktorego kopali, byl trenerem Podworko United.
Wczorajszego wieczoru Podworko zebralo baty, dziesiec trupow do zera, od
klubu Atletico Zyleta, z sasiadujacego serwera. W wieczornej gazecie
pisano, ze pomimo podejrzen o uzywanie zyletek podczas gry, Atletico
osmieszylo United haniebnie. Podobno takiego pogromu nie widziano tu od
dnia, kiedy FC Koziol zostalo rozniesione na gwozdziach przez
pierwszoligowy Real Sztacheta w rozgrywkach o Interpuchar, jakies dwa lata
temu.

A teraz United odpadlo z rozgrywek polfinalowych i kibice byli wyraznie
niezadowoleni z formy druzyny. Przeto butami probowali zakomunikowac
zarzadowi klubu, ze potrzebny jest nowy trener.

Jedynym sportem, ktory interesowal Jimmiego, byla Sztafeta, a nie
Sztacheta. Znaczy sie, sztafeta 4x100 bez zagrychy, najlepiej w
towarzystwie jakiejs polnagiej panienki. Przyspieszyl wiec kroku i wreszcie
stanal przez drzwiami do 'Cafe ZIUTA'. Po obu stronach wejscia stali
bramkarze. Mlody, ktory wyraznie jeszcze byl zly za ten nocny incydent z
helmo-monitorem, zastapil mu droge i nieprzyjemnie warknal do Jimmiego:

'A ty gdzie? Impreza prywatna, obcych nie wpuszczamy.'

'Dobra Mlody, daj spokoj, Herkules to swoj gosc, niech wlazi.' odparl
Komandos, wykidajlo stojacy po prawej. Mlody pomamrotal cos jeszcze pod
nosem, ale uchylil drzwi, niechetnie ustepujac z przejscia. Nawet i on
wiedzial, ze z Komandosem nie ma zartow. Zanim zaczal zaszczytna kariere na
bramce u ZIUTY, gral az przez osiem sezonow w pierwszoligowym klubie
sztachetowym. To, ze zdolal przezyc tak dlugo, bylo najlepszym powodem aby
nie wchodzic mu w droge, facet byl po prostu niebezpieczny.

Jimmy skinal do chlopakow i przestapil przez prog. Tylko dlatego, ze byl tu
juz stalym bywalcem, nie zatoczyl sie od stechlych oparow wypelniajacych
wnetrze. Zabojcza mieszanka gorzalki, potu, tanich perfum i nieoproznianych
popielniczek potrafila zamroczyc nawet najbardziej wprawionego knajpiarza.
Przez gesta mgle dymu papierosowego zmieszanego ze swedem przypalonej
jajecznicy, Jimmy dostrzegl, ze przy stoliku pod oknem siedzi Szczur, szef
lokalnej bandy przemytnikow. Przestepujac przez powywracane krzesla i
zesztywniale od alkoholu ciala spiacych patronow, Kapsel skierowal sie w
kierunku stolika.

'Hej, Szczurze, jak jest? To co zawsze?' zapytal przysiadajac sie z boku.
'Hej, Herkulesz. Jeszt do przodu. Jaszne, ze to, czo rzawsze, czy ja na
absztynenta wygladam?' odparl tamten wyciagajac prawice do Jimmiego.
"Wygladasz jak poldupek zza krzaka" pomyslal Kapsel, ale usmiechnal sie
tylko i uscisnal wysunieta dlon.

na gore strony

'Barman, dwa razy lorneta i galareta na moj rachunek!' zawolal w kierunku
baru. Zapalajac zaoferowanego papierosa Jimmy przyjrzal sie dokladniej
kompanowi. Wyglad zewnetrzny Szczura pasowal do jego ksywki. Byl wysokim,
zylastym osobnikiem. Cienkie, aczkolwiek umiesnione konczyny, zdradzaly
wrodzony spryt, zwinnosc i szybkosc dzialania. Ubrany byl w mocno
zakurzone, skorzane spodnie i przepocona koszule blizej nieokreslonego
koloru. Szczurzego wygladu dopelnial czarny, muszkieterowski wasik oraz
nadzwyczaj dlugie i krzywe siekacze, dzieki ktorym lekko seplenil. Wieksza
czesc twarzy skrywaly dlugie loki czarnych, tlustych wlosow.

Obserwacje Jimmiego przerwalo przybycie kelnerki z wodka i zagrycha.
Usmiechajac sie milo rozstawila musztardowki i polmiski na stole. 'Prosze
bardzo, cztery setki i dwie galaretki, smacznego!' zaszczebiotala
anielskim glosikiem, po czym zwinnie odwrocila sie na piecie i podreptala
do nastepnego stolika, kokieteryjnie kiwajac przy tym pupcia.

'Fiu, fiu, niezla laska!' Jimmy zagwizdal przez zeby, wiodac wzrokiem za
blond wlosami splywajacymi falami na delikatna kibic opieta czarna miniowa.
Dlugie, zgrabne nozki pokryte byly cieniutkimi siateczkowymi ponczoszkami,
a anielskiego widoku dopelnialy dziesieciocentymetrowe szpilki.
'Co to za jedna, nowa jakas?' zapytal Szczura mlaskajac glosno jezykiem.
'Rze czo? Aaa, to Os'ka, niedawno tu rzaczela, beda z niej ludzie. Te,
Herkulesz, przesztan myszlec o dupie i szluchaj terarz uwaznie. Mam dla
ciebie robote.'
'Za ile?'
Szczur zasmial sie polgebkiem. 'He, he, dlatego cie lubie Herkulesz, nie
pytasz jaka, tylko rza ile. No wiecz jeszt tak: szkoczysz do Szektora
Polnocznego i rzawieziesz przeszylke prerzeszowi lokalnego klubu ligowego.
Bierzesz?'
'Do Sektora Polnocnego? Przeciez tam rzadzi Dicksoft, a poza tym musze
przeskoczyc az przez pietnascie serwerow, to samobojstwo!' oburzyl sie Kapsel.
'Jak sie boisz to nie bierz, twoja szprawa, rznajde kogos innego.' skrzywil
sie Szczur z wyrazem pogardy na zapryszczonej gebie.
'Dobra, dobra, nie strzep sie jak kalesony na wietrze. Ile?'
'No, tak od razu lepiej. Cztery dychy.'
'Czterdziesci tysiecy? Wirtualnych Dolarow?' Jimmiego zatkalo. To byla
astronomiczna suma w internecie, do tej pory Jimmy wykonywal roboty za
jedna dziesiata tego i tez byl zadowolony. Cos tu bylo nie tak, kurierom
nie placilo sie tyle za zwykle przesylki.
'Te, Szczurze, w co ty mnie chcesz wpakowac? Co jest w tej paczuszce,
jadra Wujka Billa?'
'Te, Sherlock Holmesz, nie badz taki dowcipny. I nie rzadawaj tyle pytan.
Dwadziescia kawalkow terarz, drugie tyle po powrocie. Lykasz?'

Jimmy zastanowil sie przez chwile. Ryzyko bylo ogromne, podroz przez tyle
serwerow byla czystym szalenstwem. Jeszcze nie slyszal, zeby ktos tego w
pojedynke dokonal. Bandy Bezdomennych piratow grasowaly pomiedzy kazdym
serwerem, a w dodatku podroz przez ostatnie cztery podsektory znaczyla
przemkniecie sie pod nosem policji Dicksoftu, ktora szukala Jimmiego od
kilku miesiecy za pobicie brata Wujka Billa, niejakiego Dosa. Z drugiej
strony, czterdziesci patoli to byla bajonska suma. Gdyby mu sie udalo, to
zylby jak krol! Moglby sobie na stale wynajac pokoik w burdeliku, stac by
go bylo nawet na kupno tego starego Merca, ktory byl wystawiony na sprzedaz
na parkingu ZIUTY za jedyne dziesiec tysiecy VD. W marzeniach ujrzal
siebie, powoli jadacego przez ulice podworka, z cygarem w zebach, laskawie
kiwajacego do zzeranych przez zazdrosc gapiow. Taak, gdyby wrocil z wyprawy
caly i zdrowy, moglby szpanowac na maks. I na pewno znalazlaby sie jakas
mila blondyna, ktora chetnie by sie rozbierala dla niego na tylnym
siedzeniu Merca.

Jimmiemu znowu stanal, cale szczescie, ze siedzial przy stole i nikt nic
nie zauwazyl. Przelykajac glosno slinke, pochylil sie w strone Szczura.
'Dobra, lykam.'

na gore strony

'No! Herkulesz, daj grabule. Beda z ciebie ludzie! Masz tu koperte, w niej
rznajdziesz szmal i towar. Tylko nie probuj mnie wykiwac, bo cie rznajde na
szamym konczu Czyberswiata i nogi z dupy powyrywam! A terarz wypijemy pod
ta wyprawe.' powiedzial Szczur, unoszac pelna musztardowke do ust. 'Rza
tych, czo garuja!' dodal, starym podworkowym zwyczajem wylewajac pol
szklanki na podloge.

'Za tych, co garuja!' zawtorowal Kapsel i wylal polowe swojej wodki.
Nastepnie wychylil resztke zawartosci jednym haustem. Ochydny smak gorzalki
wykrzywil mu twarz, ale nie smial siegnac po galaretke stojaca na stoliku.
Prawdziwi faceci po pierwszym nie zagryzali. Nadal nie mogl przywyknac do
tego dziwnego zwyczaju wylewania wodki przy pierwszym toascie. Takie
marnotrawstwo. Podobno robiono tak, by uczcic wszystkich nieszczesnikow,
ktorzy zostali wciagnieci do Cyberswiata i teraz garowali do konca swych
dni w tym wirtualnym wiezieniu.

'No to na druga nozke!' zaintonowal Szczur.
'Za ruska flote, dnem do gory!' odparl Jimmy i wypili po drugiej setce. Ta
jakos lepiej weszla, nie zatelepalo nim ani troche.

'To jak, poprawimy po tym szamym?' zaproponowal Szczur.
'Basta. Musze sie jeszcze do podrozy przygotowac, wiesz, testament spisac,
bo ta twoja przesylka bedzie moim biletem na szubienice.' zazartowal Jimmy,
ale wcale mu do smiechu nie bylo.
'Dobra, dobra, nie sciemniaj. Nie chczesz picz, to szpadaj na szczaw i do
rzobaczenia po powrocie!'

Kapsel przelknal jeden kopiasty widelec galaretki, zgarnal koperte pod
pazuche, po czym wstal od stolika i ruszyl w kierunku kibelka. Przed
wejsciem do kabin siedziala Manka Dzyndzel, babcia klozetowa, stara wiedzma
z czarna chustka na glowie.

'Z papirem czy bez?' zapytala oschle zujac bulke z zoltym serem.
'Z papierem, podwojnym.'
'To bedzie jeden dular. I wytrzec mi muszle szczotka, bo ja po was pijakach
nie bede kibli szorowac! Choloto jedna!'

Nie zwazajac na obelgi marudnej baby, Jimmy najpierw sprawdzil czy klozet
byl pusty, po czym zamknal sie w ostatniej kabinie. Ostroznie usiadl na
sedes, wycierajac go dokladnie. Mdlilo go niewasko, nie tylko od fetoru
niedoczyszczonych kibli, ale tez od mieszanki syntetycznej wodki i
galaretki. W Cyberswiecie nie bylo swiezych produktow zywnosciowych, zarcie
i trunki wytwarzano z odpadow elektronowych, zuzytych strzepow programow
HTML oraz wykasowanych emailow. Za kazdym razem, kiedy jakis Cwel (tak
nazywano ludzi zyjacych w swiecie zewnetrznym) oproznil swoj "trash
can"(czyli elektroniczny kubel na smieci, widniejacy w systemie operacyjnym
kazdego komputera), wydalone pliki ladowaly, w przypadku podworka, w kanale
za smietnikiem. I z tych wlasnie surowcow odpadowych produkowano zywnosc,
napoje, paliwo oraz inne wyroby przemyslowe, takie jak ubrania czy papier
toaletowy. Dlatego konsumpcja czegokolwiek w Cyberswiecie konczyla sie
przewaznie sraczka lub wymiotami. Co prawda, stare garusy przywykly juz do
tego, ale Jimmy, ktory przeciez jeszcze nie tak dawno byl cwelem, nadal
mial problemy z zoladkiem.

Walczac z rewolucja w kiszkach, Jimmy wydobyl zza pazuchy koperte i
rozkleil ja delikatnie. Wewnatrz znalazl pieniadze, ktore dokladnie
przeliczyl. Wszystko sie zgadzalo, dwadziescia kawalkow w starych,
wymietych banknotach. Kapsel krzyknal radosnie 'O jezu!' na widok forsy.
Jego glos odbil sie echem po scianach pustego kibla.

'A co ty tam wyprawiasz swintuchu? Tylko mi scian nie zapryskaj, bo cie
podam na kolegium!' krzyknela Manka Dzyndzel, wsuwajac glowe do korytarza
klozetu.
'Won mi stad, stara ruro! Zatwardzenie mam i tyle!' rzucil na odczepnego
Jimmy.
'Zatwardzenie, zaszmardzenie. Cholota jedna, trzepia sie w kiblu chamy, a
potem biedna Manka, kobieta pracujaca, co zadnej pracy sie nie boi, musi na
kolanach sleczec po nocach, aby na kawalek suchego chleba zarobic.
CHO-LO-TA!' warknela jeszcze na odchodne, ale zamknela wreszcie drzwi.

na gore strony

Poza forsa w kopercie byla jeszcze kartka z instrukcjami, komu i gdzie
oddac przesylke. Byla tez i ta przekleta przesylka. Jimmy zdziwil sie
troche, bo oczekiwal fiolki z tabletkami Pentium Forte, najpopularniejszego
i zarazem najdrozszego w Cyberswiecie srodka odurzajacego. Jedna mala
pastylka potrafila nadac klientowi takiego haju, ze jego wirtualna dusza,
netchi, zmieniala parametry na kilka ladnych dni. Zamiast fiolki z
tabletkami, Jimmy trzymal w reku mala, lsniaca metalicznie kapsulke. Ze
szparki wycietej w opakowaniu wystawal rabek kliszy fotograficznej. "O
kurwa, mikrofilm!" pomyslal Kapsel i zadrzal na calym ciele. W jakie klocki
gral Szczur i jego banda? I co wazniejsze, w jakie gowno wplatal Jimmiego?

Ostroznie wyciagnal kilka centymetrow kliszy i podstawil pod ledwie tlaca
sie zarowke na suficie. Mikrofilm zawieral jakies plany, schematy, zdjecia
budynkow, wizerunki nie znanych mu osob oraz dluga liste nazwisk i adresow.
Kapsel probowal odczytac tekst, ale lista byla wyraznie zaszyfrowana, bo
nic nie mogl skapowac, pomimo ze w Cyberswiecie kazdy garus znal
potencjalnie wszystkie jezyki swiata. Czyzby Szczur zamieszany byl w
trwajaca w internecie wojne? Ee, chyba nie, przeciez trzaskal niesamowity
szmal z przemytu i pedzenia nielegalnego bimbru. A jesli jednak? Jimmy
zaczal zalowac, ze przyjal misje od Szczura, ale teraz juz bylo za pozno na
fanaberie. Czy tego chcial czy nie, byl teraz zaangazowany. Tylko, ze nie
wiedzial w co i to go bardzo martwilo.

(C)1998 Robert Jaworski
Bobula <bobula@ozemail.com.au>




WOJNY WIRTUALNE - cz.II B


...Jimmy zaczal zalowac, ze przyjal misje od Szczura, ale teraz juz bylo za
pozno na fanaberie. Czy tego chcial czy nie, byl teraz zaangazowany. Tylko,
ze nie wiedzial w co i to go bardzo martwilo.

Wstal i spuscil wode dla niepoznaki. Po opuszczeniu kibla skierowal sie
bezposrednio do wyjscia z knajpy starajac sie nie patrzec w kierunku
stolika Szczura, ktory teraz siedzial i pil z Menelem, jego porucznikiem i
prawa reka. Menel odpowiedzialny byl za produkcje "Atomowki", syntetycznej
wodki, ktora pilo cale podworko.

Jimmy juz myslal, ze mu sie udalo, gdy nagle podeszla do niego Os'ka, ta
mala kelnereczka i slodkim jak miod glosikiem powiedziala:
'Panie Herkules, barman pana prosi do baru na momencik, ma do pana sprawe,
ktora nie moze zaczekac.'

Udajac, ze nie slyszy, Kapsel obszedl ja zrecznie i szybkim krokiem podazyl
ku wyjsciu. Niestety, jakby w zmowie, droge zastapili mu Mlody z
Komandosem. Usmiechneli sie tylko niewinnie i kijami bejsbolowymi wskazali
bar. Wiedzac, ze zarty sie skonczyly, Jimmy obrocil sie na piecie i
niepewnie poszedl we wskazanym kierunku. Jego lewa reka spoczywala na
cynglu miotacza w kieszeni marynarki. Nerwowo oblizujac wargi, podszedl do
lady, za ktora stal Bobula, barman i wlasciciel 'Cafe ZIUTA'.

na gore strony

'Co jest?' zapytal obojetnie, ale jednoczesnie odbezpieczyl bron.
'Aaa, Herkules, ciesze sie, ze raczyles ze mna pogadac. Nie "Co jest?", a
"Jak Jest?", przeciez tak tu sie wita starych kumpli, co nie? A jest
ciekawie, powiem wiecej, jest baardzo ciekawie.'

Bobula cedzil slowa przez pozolkle zeby, szydzac z Jimmiego bezczelnie,
doskonale wiedzac, ze nie byli zadnymi kumplami, bo wlasciwie to prawie sie
nie znali.

'No dobra, Herkus',' kontynuowal barman, uzywajac zdrobnienia od imienia
Herkules, ktorego Kapsel nienawidzil. 'Zdejmij ten palec z cyngla, bo
zlapiesz kontuzje i nie bedziesz potem mogl podniecac panienek. Spoko, nic
ci tu nie grozi, oczywiscie jesli masz przy sobie gotowke.' Wymawiajac
ostatnie slowa z szyderczym usmieszkiem, Bobula przystawil do nosa Jimmiego
kartke papieru.

'Co to jest?' zapytal Kapsel.
'To, moj drogi, jest twoj rachunek kredytowy w knajpie. Nabiles na nim az
$700 VD i chyba najwyzszy juz czas go uregulowac, nie sadzisz?'

Jimmy odetchnal troche, ale nadal pozostal na bacznosci, bo Bobula slynny
byl z owijania w bawelne, nigdy nie bylo wiadomo czy mowi powaznie, czy tez
robi sobie jaja z klientow.

'Dobra, nie ma sprawy, mam szmal, place i spadam.' powiedzial Kapsel, po
czym odliczyl naleznosc z pliku banknotow, ktore niedawno dostal od
Szczura. 'Teraz jestesmy kwita, zegnam.' dodal nonszalancko, odwracajac sie
w kierunku drzwi.
'Zaraz, zaraz, nie badz taki bystry, nie napijesz sie po szczeniaczku z
barmanem? Stawiam co chcesz.' zagail tamten zgarniajac pieniadze z lady.
'Nie mam czasu, musze umyc wlosy, na randke z twoja mamusia ide.' odpalil
Jimmy bezczelnie, ogladajac sie za siebie aby sprawdzic, czy bramkarze
nadal blokowali mu odwrot. Niestety, blokowali. Tyle, ze teraz Komandos
trzymal w reku miotacz wycelowany w jego plecy. Okiem znawcy Jimmy
rozpoznal bron. Bylo to nie lada cacko, najnowszy model Smith & Wesson,
zwany "Terminatorem". Gdyby tylko drgnal, "Terminator" zamienilby go w
mgnieniu oka w dymiaca kupke popiolu.

'Te, Bobula, czego ty tak naprawde chcesz? Splacilem dlug, mam teraz znowu
otwarty kredyt, nie chce mi sie z toba ani pic ani gadac.'
'Noo, Herkus', nie nerwujsja, randka poczeka. A poza tym, nie powinienes
zadawac sie ze starszymi kobietami, to nieprzyzwoite. No to jak, napijemy
sie? Do pogadania mam z toba, o sprawach. Ale nie tu, chodz do kantorka na
zaplecze, tam nam nikt nie bedzie przeszkadzac.'

Jimmy poczul na plecach koniuszek kija Mlodego popychajacy go w kierunku
zaplecza baru. Ospale przestapil przez prog kanciapy, w ktorej Bobula
urzedowal po godzinach.

'Siadaj prosze, czego ci nalac?' zapytal po gospodarsku barman, kiwnieciem
reki wyganiajac jego obstawe z pokoju. 'Jak widzisz nie masz sie czego
obawiac, teraz jestem bezbronny. Wiec wyciagnij juz lape z kieszeni, nie
bedziesz mial powodow do uzycia miotacza.'
'No to nalej mi tego australijskiego pyfka, ktorym handlujesz.'
zaproponowal Jimmy, czujac sie juz o wiele pewniej. Przysiadl na
fioletowej, welurowej kanapie, ktora stala pod sciana. Gdy tamten zajal sie
trunkami, Kapsel przyjrzal sie Bobuli dokladniej.

na gore strony

Facet mial moze 183 wzrostu, po trzydziestce, kiedys byl chyba niezle
zbudowany, ale lata pracy za barem zadymionej knajpy dawaly o sobie znac.
Piwny brzuch zwisal nad paskiem starych, wytartych dzinsow, zmarszczki na
twarzy byly wyraznie widoczne, mimo gestej brody, ktora pokrywala szczeke.
Z geby mu swojsko patrzylo, ale te rozbiegane zielono-brazowe oczy
zdradzaly przebieglosc i wyrachowanie. Poza tym, to przenikliwe, lekko
wariackie spojrzenie budzilo w ludziach niepokoj. Kazdy wiedzial, ze
Bobula, choc na pozor spokojny i zrownowazony, mial lekkiego swira, po
podworku krazyly historie o jego zboczeniach i legendarnych orgiach w
burdeliku "Na Pieterku", ktorego zreszta byl wlascicielem. Podobno kanapa,
na ktorej teraz siedzial Jimmy, sluzyla do rozmow kwalifikacyjnych dla
panienek skladajacych podanie o prace w knajpie. Szybkie spojrzenie na
plamy na oparciu utwierdzilo Kapsla w przekonaniu, ze w tych opowiadaniach
moglo byc wiele prawdy.

Poza tym Bobula mial znajomosci. W calym Cyberswiecie ludzie musieli pic
alkohol pedzony syntetycznie, a w ZIUCIE sprzedawano PRAWDZIWE piwo! Nikt
nie wiedzial skad Bobula bierze puszki Hahn Ice, australijskiego browaru,
ktory moze w swiecie zewnetrznym nie uchodzil za najlepszy, ale tu, w
wirtualnym pierdlu, byl prawdziwym rarytasem. Na podworko zjezdzali sie
przybysze z calej cybergalaktyki aby posmakowac Hahna, o ktorym bylo glosno
jak internet dlugi i szeroki. Na pytania skad bierze browar, Bobula tylko
wzruszal ramionami i odpowiadal usmiechajac sie tajemniczo: 'Mam dojscia i
kilku kumpli we wlasciwych miejscach.'

'No to jak, napijemy sie brudzia?' zapytal Bobula, wyrywajac Jimmiego z
rozmyslan. 'Bobula jestem, Herkus', daj pyska!'

Ucalowali sie serdecznie w policzki, potem machneli niedzwiadka i jeszcze
raz wychylili po kuflu zimnego nektaru. Kapsel zauwazyl, ze na stole stal
talerzyk z orzeszkami ziemnymi. Sprobowal garsc i zdebial! ONE BYLY
PRAWDZIWE! Nie syntetyczne, to sie dalo wyczuc blyskawicznie, ale prawdziwe
orzeszki w lupinkach! Obok orzeszkow stal polmisek pelen kanapek z szynka i
ogorkami. Rowniez i te okazaly sie autentyczne! Jak to bylo mozliwe?

na gore strony

'Ty, Bobula, skad ty bierzesz autentyki? Przeciez w knajpie podajecie same
syntetyczne gowno, posilki smakuja jak trociny polane plynem hamulcowym!'
'Wiesz, szefowa kuchni, Grzanka, na pewno ja znasz, to ta dziewczyna, ktora
cie nozem przywitala pierwszego dnia, ma zdolnosci. Potrafi przyrzadzic
koryto tak, ze nie czujesz elektronow.'
'Wez tu nie picuj, to dlaczego w knajpie podaje swinstwo?'
'Aaa, bo w kuchni musi gotowac szybko i duzo, a prawdziwe dziela sztuki
kulinarnej wymagaja czasu i spokoju, a nie ciaglego jazgotu wyglodzonych
zarlokow, wolajacych o dokladke co sekunde.'

Jimmy nie byl do konca przekonany, ale zaniechal tematu, wiedzac, ze od
Bobuli prawdy i tak nie wyciagnie. Zaczal wiec z innej strony.

'Mowiles, ze masz do mnie sprawe. O co biega?'
'Slyszalem, ze wybierasz sie w podroz?'
'Co? Skad ty o tym...'
'Spokojnie Herkus', bo sie zasapiesz misiaczku. Juz ci mowilem, ze mam
swoje wtyczki, inaczej bym dawno z torbami poszedl. Przeciez wiesz, ze na
podworku kazdy ciagnie na swoja strone? Nie ufam nikomu i dlatego zyje.
Kapujesz? No, to wedle tej twojej wyprawy, mam prosbe. Chcialbym, abys w
drodze powrotnej przywiozl mi prezent z Sektora Polnocnego.'

Zaalarmowany faktem, ze Bobula wiedzial nie tylko, ze Jimmy rusza w droge,
ale nawet dokad sie udaje, Kapsel ledwo zdolal wykrztusic z siebie:
'Prezent? Jaki prezent?'
'No, dla takiego fachowca jak ty to nic takiego. Potrzebuje pol kilo
Protoniny, surowca, z ktorego wytwarzane jest Pentium Forte, a ktory
dostepny jest wylacznie w sektorach zawladnietych przez Szklarzy z
Dicksoftu. Masz tu $5000 VD na zakup prochow i wydatki. Tylko Herkus',
prosze nie wydaj calego szmalu na dziwki albo na gume do zucia, bo szkoda
by mi bylo wykastrowac starego przyjaciela. Czujesz faze?'

'Za przemyt Protoniny grozi kara obciecia jaj pila lancuchowa, piec kafli
to za malo!' probowal targowac sie Jimmy, ale w duchu byl zadowolony, ze
barman zada od niego zwyczajnych uslug przemytniczych, a nie jakiejs
szarady z mikrofilmami.

na gore strony

'Herkus', skarbie, piec kafli to zaliczka, jak wrocisz z towarem to
obiecuje, ze wyjawie ci sekret Plazy Nudystow. Slowo harcerza.'

Zanim Jimmy zdazyl zapytac, Bobula nacisnal guzik pod blatem stolu i
przeciwlegla sciana rozsunela sie bezszelestnie, odslaniajac niesamowity
krajobraz! Oto po drugiej stronie przezroczystej, gietkiej blony, ktora
falowala rytmicznie, rozciagala sie piekna plaza pokryta bielutkim
piaskiem. Wzburzone fale oceanu migotaly w promieniach zachodzacego slonca.
Wzdluz plazy przechadzali sie nadzy ludzie, przewaznie faceci (Jimmy
podejrzewal, ze byly to pedalki). Ale tu i owdzie przesuwala sie sylwetka
jakiejs panienki. Boze! To byl najpiekniejszy widok, jaki Kapsel widzial od
czasu przybycia do Cyberswiata! To nie byl krajobraz syntetycznie stworzony
w kodzie HTML na jakiejs stronie internetowej, to byl widok na Swiat
Zewnetrzny!

Jimmiemu zakrecilo sie w glowie. Jak to bylo mozliwe? Przeciez wystarczylo
tylko wyciagnac reke i juz mozna bylo dotknac piasku na plazy. Przeciez
wystarczylo zrobic piec krokow i mozna sie bylo wydostac z tego wirtualnego
pierdla. Zanim pomyslal co robi, Kapsel rzucil sie jak opetany w kierunku
fal oceanu.

'Nieeee!' krzyknal Bobula, ale bylo juz za pozno. Falujaca blona dzielaca
kanciape od plazy wygiela sie pod uderzeniem ciala Jimmiego, po czym z
potrojna sila odrzucila go z powrotem na welurowa kanape. Jednoczesnie
Kapsel poczul, ze pali go skora na calym ciele. Zaczal wyc z bolu jak
niemowle, zwijal sie w spazmach, jego ubranie zaczelo sie topic, a powloka
skory blyskawicznie pokryla sie bulgocacymi pecherzami pelnymi jakiegos
zielonego plynu.

Bobula nie tracil glowy. Oblal Jimmiego strumieniem plynu o dziwnym
zapachu, ktory wypelnial wiadro z naklejka: "Wywar z mysich cipek" stojace
pod stolem. Pecherze zaczely pekac, a powstale w ten sposob rany zaczely
goic sie bezbolesnie. Po kilku minutach cialo Kapsla wygladalo normalnie,
lecz ubranie bylo w strzepach, a miotacz szlag trafil. Na szczescie
kopercie z mikrofilmem i szmalem nic sie nie stalo, ale pomimo to Jimmy nie
mogl opanowac drgawek, ktore miotaly nim po kanapie.

na gore strony

Okrywajac go kocem, Bobula chwycil Kapsla za ramiona i przyciagnal blizej
do swej twarzy

'Sluchaj uwaznie wariacie. Jestesmy w pierdlu do kresu naszych dni,
kapujesz? Nie ma stad ucieczki, bedziemy garusami az zdechniemy z glodu
albo zabije nas jakas inna cholera, kapujesz? To, co tu widziales, to
tajemnica, nikomu ani slowka, bo spowodujesz panike gorsza od tej, ktora
zawladnela podworkiem, kiedy jakis idiota puscil fame, ze w burdeliku mozna
dymac za darmo! Herkules, czy ty mnie dobrze zrozumiales? Nikomu ani mru,
mru, a moze wtedy powiem ci wiecej o tej Plazy Nudystow. A teraz ruszaj w
droge i nie wracaj mi bez Protoniny!'

Godzine pozniej Jimmy lezal na lozku w swoim apartamencie. Probowal zasnac,
ale ciagle nie mogl usunac z wyobrazni obrazu piasku, fal i golych cial
cweli i cwelowek spacerujacych po plazy. Zanim zmorzyl go sen, postanowil
sobie, ze powroci z wyprawy caly i zdrowy, aby jeszcze raz spojrzec na ten
raj, ktory Bobula ukrywal w swojej kanciapie. Aby jeszcze choc raz ujrzec
Swiat Zewnetrzny!

(C)1998 Robert Jaworski





na gore strony

z powrotem

E-mail


zegar