Wyprawa na Kaukaz - najwyzszy szczyt Europy(?).
 

Torontonski biznesmen Staszek Russocki uprawiajacy ryzykowne sporty i uczestniczacy w dalekich podrozach opisuje swoja wyprawe w czerwcu 1992 r. na Kaukaz.

 British Airways bardzo sprawnie i elegancko dostarczyly nas przez Londyn w ciemne wnetrza moskiewskiego lotniska Szeremietiewo. Wielogodzinne oczekiwanie na bagaz pomoglo dostosowac sie do dwutygodniowego rozstania sie z porzadkiem, obfitym zaopatrzeniem, czystoscia i usmiechem przechodnia.

 Bylismy w centrum rozsypujacego sie sowieckiego imperium tylko po to, by wspiac sie na te najwyzsza z europejskich gor (5.633 m.n.p.m.) w masywie Kaukazu, oddzielajacym Rosje od Gruzji, a takze Europe od Azji. Dwu i polgodzinny lot olbrzymim Tupolewem, pelnym zmeczonych ponurych obywateli wprowadzil nas jeszcze glebiej w smutna rzeczywistosc rosyjska.

Lotnisko w Mineralnych Wodach przypominalo duzy dworzec autobusowy po trzesieniu ziemi. Spoceni, po godzinnym poszukiwaniu bagazu wiedzielismy, ze nie wolno sie z walizkami rozstawac. Wnosi sie je samemu w brzuch samolotu, a potem ciagnie kilometrami lotniskowego betonu - ale wtedy sie go ma na pewno!

 Sierioza i Oleg, mlodzi alpinisci z Krymu, czekali na nas z dwoma malymi autkami, aby dowiezc nas do podnoza Kaukazu. Trzy godziny pozniej znalezlismy sie w nieoczekiwanych luksusach pensjonatu lekarzy Kremla, budowanego za rzadow Brezniewa. Marmury, antyki, sala kinowa, sauna z basenem (czekajaca na nas co wieczor), bilard, kolorowa telewizja plus 3 posilki dziennie, z gruzinskim winem - wszystko to za US $20 dziennie od glowy, zorganizowane przez naszych przewodnikow i polska taterniczke Ele.

 Torontonski adwokat i biznesmen Ron Kinsel, panna Ela Dolzycka, pracownica PAN-u w Krakowie, ja i przewodnicy Sierioza i Oleg, zerwalismy sie o szostej rano, by zaczac sie czynnie aklimatyzowac. Rozsypujacym sie wyciagiem krzeselkowym, pobudowanym w 1956 r. na wysokosc 3.300 m, a stamtad, oberwujac rosyjskich juniorow narciarskich, slizgajacych sie slalomem po mokrym, czerwcowym sniegu, wspielismy sie bardzo stromym wejsciem na wysokosc 3.800 m. szczyt sasiadujacego z Elbrusem, otoczonego stromymi, ostrymi granicami wulkaniczno-magmowych kaukaskich gor siegajacych do 4.500 m. bez zadnej juz na tym poziomie roslinnosci, pelnych czarno-szarego popiolu i magmy, groznych i nieprzystepnych.

 Nasz szczyt docelowy, Elbrus, ciagle nad nami w oddali dominujacy, wygladal przyjaznie i zapraszajaco. Jest to olbrzymi masyw dwoch oblych, polokraglych stozkow, calkowicie pokrytych lodowcem i sniegiem. Niebezpieczenstwo Elbrusa nie polega na trudnej wspinaczce, lecz na zmiennej pogodzie: sniezycy, niskich temperaturach i dezorientacji u zdobywajacych szczyty alpinistow (co czesto konczy sie upadkiem w jedna ze szczelin lodowca, skad juz nie ma powrotu).

 Przy dobrej pogodzie, ktora nam przez caly czas dopisywala, jedyna trudnosc polegala na wytrzymalosci fizycznej, kondycji zaleznej przy tak rzadkim powietrzu od sprawnosci pluc i serca.

 Drugiego dnia, po zwycieskim rezegraniu wieczornej partii bilarda Kanada-Rosja, wjechalismy kolejka linowa (bardzo przypominajaca, lacznie ze stacjami tramwaj warszawski po nalocie) na wysokosc 3.500 m, a stamtad do bazy wspinaczkowej, skladajacej sie z metalowych, perforowanych bebnow, na wysokosci 3.750 m.

Stad zabral nas, jadac po pokrytym sniegiem lodowcu snowcat, czyli uzywany do wygladzania tras narciarskich spychacz. Pnac sie w gore pod katem 35 stopni, przy cudownej, slonecznej pogodzie, w oslepiajacej bieli swiezego sniegu, wyekwipowani w wynajety sprzet narciarski, wjechalismy do tzw. Skalek Pastucha na wysokosci 4.000 m.

 Zostawiajac narty i plecaki, rozpoczelismy najwyzszy etap aklimatyzacji na trasie wyprawy na sam szczyt Elbrusa.
 Stromizma, zwiekszala sie do 40 stopni, a poludniowe, czerwcowe slonce prazylo, wzmocnione odbiciem od nieskazitelnej bieli lodowca.

 Serca zaczely pompowac w rytmie powyzej 130 uderzen na minute. Zaczynalo brakowac powietrza. Bylismy mokrzy, zlani potem. Gleboki, mokry snieg, mimo juz wydeptanych stopni przez poprzednikow, zapadal sie gleboko, utrudniajac wejscie.

 Wkrotce spotkalismy schodzacych ze szczytu mlodych Szwedow i Finow. Rozpoczeli wejscie o 3-ciej rano, zaczynajac od 4.000 m, dokad dowiozl ich snowcat. MInelo 10 godzin. Wracali, wycienczeni w odstepach kilkusetmetrowych. Czesc z nich osiagnela szczyt, czesc zrezygnowala na  5.200 m. Wszyscy wymiotowali, niektorzy krwia. Brak tlenu dal sie im bardzo we znaki, mimo 5-dniowej zaprawy na czerotysiecznikach.

 Zaczelismy zwalniac. Robilo sie pozno. Zaczynalo sie nam krecic w glowach, zoladki zaczely reagowac jak na hustawce lub karuzeli. Bylismy zaledwie na 4.500 ,. Wystarczy! Schodzimy! O ilez latwiej w dol. Trzeba jednak robic to powoli. Nie mozna nadwyrezac miesni ud, potrzebnych na jutro. Ron zdecydowal, ze nie ma na co czekac. Chcemy jeszcze zwiedzic Krym i Jalte. Jutro wiec wspinamy sie na sama gore.

 Ponizej czekaly na nas narty. Starodawne i w rozsypce, buty okrutnie ciezkie i niewygodne, ale co za frajda na tych gladkich i rozleglych przestrzeniach lodowca pofrunac miekkim skretem, po godzinach ciezkiego wysilku.

 Naiwni, zepsuci dobrobytem narciarze. Pierwsze upadki, w gleboki ciezki przypominajacy mokry cement snieg, natychmiast nas otrzezwily. Na szczescie bezpieczniki nastawione byly na szybkie wypiecie - inaczej byloby pare polamanych nog. Zjechalismy szybciej, nizbysmy zeszli, ale z jakim wysilkiem na zakretach.

 Nocleg w zimnych metalowych bebnach. Spalismy zaledwie pare godzin. Ron byl przeziebiony, Ela strula sie kolacja, a ja sierpialem na bol glowy z niewyspania, zimna i chrapania zagrypionego Rona.

 Pobudka o 3-ciej. Kaszka manna na sniadanie, bo nie mozna nic ciezkiego jesc przed wejsciem. Cudowna , ksiezycowa noc. Wsiadamy na snowcata z nartami. Kierowca kaukaski niewyspany i zalatujacy wodka, nie moze sie wdrapac na niedaleko znajdujace sie od bazy strome wzgorze.Wkopuje sie gleboko w zaspe, gasienice trafiaja na sliska pokrywe lodowca i jestesmy zalatwieni. A to tylko 3.800 m. Staramy sie wykopac pojazd. Bezskutecznie. Postanawiamy zostawic sprzet narciarski i rozpoczac wejscie. Jest czwarta rano, minus 18 Celsjusza. Jestesmy przemarznieci i zli. Mielismy zaczac wchodzenie o 3:30 z wysokosci 4.150 m. To wielka roznica jesli chodzi o wysilek i czas wspinaczki.

 Slonce zaczyna wschodzic po 5-tej . Robi sie cieplej. Powoli wpadamy we wlasciwy rytm serca i pluc: 150 krokow i 60 sekund postoju. Zaledwie na wysokosci 4.000 m, a juz po szostej. Teraz juz mniej: 100 krokow i 2 minuty odpoczynku. O 7-mej 80 krokow dla wyrownania akcji serca. Zrobilo sie cieplej, jest juz po 9-tej. Jestesmy zaledwie na poziomie 4.300 m.

Idziemy w 20-metrowych odstepach: Ron, ja i Ela. Nasz dzisiejszy przewodnik Wolodia pognal do przodu jak kozica i czeka na nas wyzej. Ela rezygnuje. Kreci sie jej w glowie, chce sie jej wymiotowac. Mowi: - Zostawmy to na jurto. Radzimy jej, by zeszla nizej, do bazy Prijut Odinatcatych i tam odpoczela i czekala na nas.

 Doganiam Rona. Chlopak bardzo zwolnil. Pomimo, ze gra w kosza dwa razy w tygodniu i jest w mistrzowskiej druzynie seniorow (ma 47 lat). Przeziebienie i brak tlenu zaczynaja dawac mu w kosc. Jestesmy na 4.600 m, wyzej niz wczoraj. Jest poludnie i goraco.

Ron deklaruje: - Iím not gonna make it! Przygladam mu sie: slania sie i zzielenial. Zaczyna wymiotowac i siada. Pomagam mu wstac. Rozpoczyna zejscie, zataczajac sie i potykajac w ciezkim, mokrym sniegu.  Postanawiam dogonie Wolodie, zeby mu powiedziec, ze wracamy. Dlaczego on nas zostawil? To, ze wszedl na Elbrus 20 razy nie upowaznia go do tego. Zaraz mu zmyje glowe.

 Latwiej powiedziec, niz zrobic. Zoladek zaczyna mi tanczyc, czuje sie jak pijany. Patrze w dol. Eli juz dawno nie widac, a Ron wyglada jak mala mrowka, punkcik zawieszony w bezkresnej bieli. Sylwetka Wolodii zaczyna mi migac i rozmazywac sie.

Krzycze, zeby poczekal. Idac 20 krokow, stop na 2 minuty, znowu 20, dochodze do niego i rosyjskim, pamietanym jeszcze z liceum, mowie mu, co sadze o nim i jego spisywaniu sie jako przewodnik. Brak mi kondycji i trzech godzin dnia. Moze innym razem? Rozpoczynamy zejscie, a Wolodia znow sie popisuje, zbiegajac w dol jak koziol.
Dlaczego ludzie gina w gorach?

 Smierc (i to w krotkim czasie) trojga wybitnych polskich alpinistow, Wandy Rutkiewicz, Jana Wolfa i Jerzego Hirszowskiego, zmusza do postawienia samemu sobie istotnego pytania: dlaczego i jak to sie dzieje, ze nawet bardzo doswiadczeni ludzie gor popelniaja elementarne bledy w sztuce wspinaczkowej? Co powoduje ze gina niczym pozostawieni bez opieki, poczatkujacy taternicy?
 Klasycznym przykladem takiej ìglupiejî, bezsensownej smierci jest wypadek Jana Dlugosza (ìPalantaî), wybitnego polskiego wspinacza lat 50-tych i poczatku 60-tych, ktory zginal na dziecinnie latwej grani Koscielca w 1962 roku. Kazda nagla smierc jest ìglupiaî i przewaznie rowniez bezsensowna, ale w przypadku Dlugosza przynajmniej przyspieszyla powstanie zywej do dzis legendy Palanta-alpinisty i Palanta-pisarza. Jego ksiazka ìKomin Pokutnikowî z czasem stala sie obowiazkowa lektura ludzi wkraczajacych w swiat gor wysokich, chociaz od tamtej pory prawie wszystko uleglo zmianie.

 Oczywiscie, kazda z tych najswiezszych tragedii jest inna i inne byly ich przyczyny (przypomne: W. Rutkiewicz zginela na Kanczendzundze w Himalajach, J. Wolf wypadl z klucza zjazdowgo na scianie Kazalnicy w Tatrach, J. Hiroszewski i troje kursantow zgineli w zalamaniu pogody w rejonie Mieguszowieckiego Szczytu), ale w kazdej z nich, bez watpienia, mozna dopatrzec sie albo zalamania podstawowych regul gry rzadzaych tym sportem, albo popelnienia bledu, ktorego przy ìtakimî doswiadczeniu popelnic sie nie powinno.

Szeroko mowi sie tylko o wypadkach ludzi znanych i slawnych, lub o tragediach spektakularnych. Wszystko inne umyka (i dobrze!) uwadze publicznosci, ktora nie zdaje sobie nawet sprawy jak wiele osob ginie w gorach zupelnie byle jakich. By nie byc goloslownym: niewinne - wydawalo by sie - skalki w tym roku byly widownia az czterech wypadkow smiertelnych: dwie osoby zginely w tzw. skalkach Rzedkowickich kolo Zawiercia i dwie w Sokolnikach k. Jeleniej Gory (jedna z nich zabil piorun!).

 Czy zatem doswiadczenie chroni przed nieszczesciem, czy moze wlasnie wrecz przewciwnie? Autor niniejszego artykulu Aleksander Lwow jeszcze do niedawna byl przekonany, ze chroni i to skutecznie, choc jednoczesnie podcina skrzydla, gdyz na kazda mozliwa do zaistnienia w gorach sytuacje, chowa w podswiadomosci konkretny przyklad podobnego lub identycznego wydarzenia, a to oczywiscie deprymuje i ostudza rozpalona ambicje. Autor twierdzi, ze zaczyna watpic.

Wyglada na to, ze doswiadczenie - poza wszystkim innym - stepia uwage, prowadzi do rutyny i poraza instynkt samozachowawczy. Udowadniaja to fakty.

 Wymienieni na wstepie wybitni alpinisci zgineli, gdyz popelnili kardynalne bledy. Takie i podobne wykroczenia uchodza czasem na sucho, gdy sprzyja pogoda i zwyczajne ludzkie szczescie. W przeciwnym wypadku, kiedy tych czynnikow zabraknie, ulaskawienia nie ma, bo gory potrafia byc bezlitosne, choc pozornie to tylko kupa zimnych kamieni.

 Alpinizm jest sportem niebezpiecznym i, byc moze z tego powodu wsrod ludzi, ktorzy sie nim zajmuja tak chetnie daje sie posluch pogladom deterministycznym (ìbedzie, co ma bycî). O tym, ze kazdy ma swoj kamien, ktory na nas cierpliwie czeka, przekonuja nas coraz bardziej zdarzenia nasatepujace.

 Autor opowiada ìW 1983 roku, wspolnie z moim owczesnym partnerem wspinaczkowym, znieslismy z gor do bazy ciezko odmrozonego kolege. Stracilismy szanse wejscia na szczyt (Dhaulagiri - 8167m), ale uratowalismy cudze zycie i to bylo wspaniale. Po tej wyprawie czlowiek ow (wszyscy przezywalismy go ìKlausî), chociaz amputowano mu wszystkie palce u rak i nog, zdolal powrocic do prawie normalnego i niemal samodzielnego zycia.

 Minelo 9 lat, kiedy Klaus przyjechal z synem w lipcu w Tatry. By uczcic ktoras tam z kolei rocznice uprawiania alpinizmu, obaj z synem jeszcze udali sie na Mnicha, na jedna ze starych, srednio trudnych drog. Klaus prowadzil i (chcialo by sie rzec... oczywisci) odpadl. Nie wiem jak w ogole mozna wspinac sie po skale nie majac palcow. W efekcie dwie trepanacje czaszki, wiele dni podlaczenia do specjalistycznej aparatury, a obecnie wozek i, egzystencja czlowieka zawieszonego na granicy dwoch diametralnie roznych swiatow. Nawet nie wiadomo dokladnie, do ktorego z nich Klaus teraz bardziej nalezy Przeznaczenie?

Wytrwale dazenie ku czekajacemu cierpliwie kamieniowi? A moze po prostu i zwyczajnie kolejny przyklad zlamania regul gry, przyklad kardynalnego bledu popelnionego przez doswiadczonego alpiniste? Jesli tak, to dlaczego tak sie dzieje? Jest to pytanie, na ktore warto by znac odpowiedz zwlaszcza gdy (jak ja) ma sie za soba dwadziescia pare lat wspinaczki i nadal jest sie dosc aktywnym alpinista, slowem - bedac teoretycznie i potencjalnie w tej samej sytuacji, w jakiej byli jeszcze niedawno wymienieni.

Ale czy jest na to pytanie w ogole jaka odpowiedz? Czy mnie - do diabla - czeka to samo?î