Tajemnica atomowego guzika

G dy w Moskwie wybucha kolejny pucz, gdy Chinczycy staja sie bardziej skryci niz zwykle, a Koreanczycy strasza wojna, przez swiat przebiega dreszcz niepokoju. I nieodmiennie pada pytanie: co dzieje sie z guzikiem uruchamiajacym wyrzutnie rakiet atomowych? Czy nie nacisnie go maniak lub szaleniec, gotow w imie wlasnych obsesji zorganizowc nam wszystkim koniec swiata?
Tajemnica atomowego guzika kryje sie wlasnie w ”czarnej teczce”. Dostep do niej ma bardzo niewielkie grono osob. Zazwyczaj jest to prezydent i grupa starannie wyselekcjonowanych wojskowych.
System czarnej teczki wymyslil przed ponad 40 laty emerytowany kapitan amerykanskiej marynarki Edward Beach. Zlecone mu przez prezydenta Eisenhowera zadanie brzmialo bardzo prosto: opracowac taki system, by prezydent w kazdej chwili mogl wydac rozkaz uzycia broni jadrowej, a jednoczesnie byl calkowicie pewien, ze nie popelni pomylki. Dodatkowy warunek mowil, ze nalezy wymyslic zabezpieczenie przed skutkami ewentualnego szalenstwa prezydenta.
Kapitan Beach wzial sie ostro do pracy i juz kilka miesiecy pozniej u boku prezydenta pojawil sie oficer z czarna teczka. Pozostal tam do dzis. Zgodnie z przepisami zolnierz ten nie ma prawa oddalac sie od prezydenta na odleglosc wieksza niz kilkadziesiat metrow. Dlatego towarzyszy mu wszedzie i jesli uwaznie wpatrzymy sie w orszak osobistosci otaczajacych Billa Clintona czy Borysa Jelcyna (bo swoja teczke, podobnie jak bombe atomowa, w kilka lat po Amerykanach skonstruowali rowniez Rosjanie), mamy szanse dostrzec ow niezwykly neseser.
Jest on bardzo pilnie strzezony, ale gdyby nawet jakims postronnym oczom udalo sie zajrzec do wnetrza, nie zobaczylby nic, procz sterty rowniutko poukladanych papierow, opatrzonych pieczeciami Pentagonu i nadrukami ”scisle tajne”. Znajomosc angielskiego nie pomoglaby w zrozumieniu ich tresci. Ten papier to mocno zaszyfrowane instrukcje zawierajace kilkadziesiat wariantow uzycia (adekwatnie do okolicznosci) amerykanskiej broni jadrowej. Sam prezydent tez nie jest w stanie ich rozszyfrowac - to wlasnie owo zabezpieczenie przed szalenstwem - i musi korzystac z pomocy wojskowych strzegacych teczki. Sa oni na tyle sprawni i zorientowani w sytuacji, ze w ciagu kilkudziesieciu sekund potrafia, wespol z prezydentem, wybrac wlasciwy wariant.
Nastepnie prezydent uzywa kodu, ktory jest wydrukowany na specjalnej plastikowej karcie. Kazdy amerykanski przywodca ma obowiazek noszenia tej karty przy sobie, najlepiej w portfelu. Po przekazaniu przez komputery owego kodu... nie dzieje sie nic. Tylko w filmach science fiction prezydent jednym nacisnieciem guzika likwiduje miasta, panstwa czy cala planete. W rzeczywistosci impuls wyslany przez prezydenta trafia do komputerow Pentagonu (ministerstwo obrony) i generalowie dowiaduja sie, ze zostal wydany rozkaz uzycia broni jadrowej. to wszystko. Dalej sprawe bierze w swoje rece wojsko.
W  czarnej teczce noszonej za prezydentem Jelcynem nie ma dokumentow, lecz komputer. By go uruchomic, trzeba znac tajny kod i wystukac go na klawiaturze. Prezydent nie jest w stanie zrobic tego samodzielnie (znowu zabezpieczenie na wypadek jego szalensrtwa) i musi korzystac z pomocy grupy wtajemniczonych oficerow.
Wybranie kodu - podobnie jak uzycie przez amerykanskiego prezydenta karty magnetycznej - nie ma nic wspolnego z nacisnieciem jadrowego guzika. Oznacza wylacznie to, ze prezydent wydal rozkaz. W bazach wojskowych zostaje ogloszony czerwony alarm.
I  tak, jak w USA ster przejmuje armia. By system w ogole zadzialal, rownolegle z prezydentem rozkaz uzycia broni jadrowej musi wydac minister obrony. On rowniez wystukuje na komputerze swoj kod.
Oba sygnaly - prezydenta i ministra - trafiaja do tzw. Departamentu Operacji Glownych Sztabu Generalnego. Tam obrabiaja je komputery, ktore z obu kodow ukladaja 12-cyfrowa liczbe. Jest to zaszyfrowany rozkaz odpalenia rakiet. Specjalnymi, bezpiecznymi kanalami lacznosci (na specjalnych czestotliwosciach) przesyla sie do wyrzutni.
Ale nawet to nie oznacza jeszcze, ze rakiety wystartuja. Dowodcy wyrzutni maja obowiazek zwrocenia sie do Departamentu Operacji Glownych o potwierdzenie rozkazu. Gdy je uzyskaja, rakiety startuja.
Jak widac, nie ma mowy o przypadkowym sprowokowaniu konca swiata. Tak jak nie bylo mowy o...katastrofie promu Challenger, wybuchu w Czarnobylu czy zestrzeleniu przez ”ineligentne” rakiety sowieckie koreanskiego samolotu pasazerskiego. Niestety, praktyka czasami mija sie z teoria.
Prezydent USA nie ma prawa oddalac sie od czarnej teczki i jak oka w glowie musi strzec karty z kodami. Tymczasem George Bush kilka razy, po partii tenisa, zapomnial sie - wskakiwal do samochodu i odjezdzal. Oficer z teczka i agentami ochrony gonili go niczym na gangsterskich filmach.
Podczas rutynowej kontroli systemow zabezpieczen za prezydenta Lyndona Johnsona okazalo sie, ze przez pol roku nie wkladano do teczki nowych instrukcji (a zmieniaja sie one praktycznie codziennie). Caly stos tych supertajnych dokumentow odnaleziono w...piwnicy Pentagonu.
Gdy Jimmy Carter obejmowal obowiazki prezydenta, w tajniki amerykanskiego systemu broni jadrowej wprowadzil go general Brent Scowcroft. Kiedy doszli do tematu ”czarna teczka” i otworzyli ja, ujrzeli...pusta puszke po piwie i prezerwatywe. General zdretwial, prezydent parsknal smiechem.
Potem okazalo sie, ze zmiana zawartosci najpilniej strzezonej walizeczki swiata byla zartem szefa ochrony Bialego Domu, ktory chcial pokazac jak latwo ominac system zabezpieczen. Po tym dosawiadczeniu Carter nie spuszczal juz teczki z oka, wlozyl do niej takze karte magnetyczna, by - jak mowil - nie zgubic jej razem z portfelem.
Pozniejsze lata pokazaly, ze nie bylo to posuniecie glupie. Bo zycie przynosi niespodzianki, jakich naprawde nie sposob przewidziec. Po zamachu na Ronalda Reagana pielegniarki w szpitalu zdjely z prezydenta garnitur i odniosly do dosc latwo dostepnej garderoby. Oczywiscie przeniosly tez portfel z karta magnetyczna. Do dzis pozostaja nie wyjasnione losy czarnej teczki, ktora podobno w 1991 podczas puczu odebrano Michailowi Gorbaczowi. Gdyby tak bylo rzeczywiscie, zamachowcy przejeliby pelna kontrole nad bronia atomowa, bo przeciez jeden sygnal wysyla prezydent (zabrano mu teczke ), a drugi minister obrony (Dimitrij Jazow nalezal do spisku).
Jakby tego bylo malo, na Zachod przeciekly ostatnio informacje, ze Rosjanie opracowali tzw. System ”martwej reki”. Gdyby istnial on rzeczywiscie, rosyjskie rakiety moglyby wystartowac bez wiedzy prezydenta i dowodcow wyrzutni. Wystarczyloby, ze o wojnie jadrowej pomyslalaby grupa wyzszych oficerow ze Szatabu Generalnego.
System ”martwej reki” to zabezpieczenie na wypadek zerwania lacznosci miedzy Kremlem a sztabem lub sztabem a dowodcami wyrzutni. Jest wiec czyms w rodzaju systemu awaryjnego, z tym ze w mniejszym stopniu obsluguja go ludzie, a w wiekszym - komputery. Generalowie ze Sztabu Generalnego moga - za posrednictwem swoich komputerow - przekazac sygnal do ataku nie dowodcom wyrzutni, lecz... sterujacym rakietami komputerom. Mowiac obrazowo, moze sie zdarzyc tak, ze prezydent bawi na koktajlu dyplomatycznym, oficerowie w bazach z bronia jadrowa spia, a rakiety... same startuja. Wizja koszmarna.
A  dodajmy jeszcze do niej fakt, ze wystarczy, by wzniosla sie tylko jedna rakieta, ktora przelatujac nad innymi bazami, za pomoca specjalnych czujnikow, uruchomi pozostale wyrzutnie. Podobno takie awaryjne rozwiazanie przygotowano na wypadek naglego ataku jadrowego na Moskwe. Ludzie beda juz zupelnie zbedni, rakiety same sie ”zwolaja” i poleca. Specjalisci z NATO nie sa do konca przekonani, ze system ”martwej reki” istnieje. Rosjanie ani nie potwierdzaja, ani nie dementuja. Satelity szpiegowskie informuja jednak, ze juz od lat 80-tych ZSRR prowadzil w tej dziedzinie badania i proby.
System ”martwej reki” przeraza przede wszystkim dlatego, ze powierza los ludzkosci maszynie. A kazda maszyna bywa zawodna. Podobnie jak ludzki mozg. W amerykanskich osrodkach badan jadrowych do dzis strasza opowiescia o pewnym inzynierze, ktory wpadl w szal i wielkim mlotem tlukl w oslone glowicy jadrowej. W jednostkach wojskowych, dysponujacych bronia atomowa, raz po raz wykrywani sa oficerowie uzaleznieni od narkotykow. By uniknac podobnych wypadkow, opracowano tzw. Program Oceny Kadr (PRP). Bez zdania specjalnych egzaminow, nikt nie dostanie atestu uprawniajacego do sluzby zwiazanej z obsluga broni nuklearnej. 100 tys. ludzi przynajmniej raz w roku musi stanac przed komisja. I co roku 2-5 tys. pracownikow wojskowych i cywilnych traci uprawnienia.
Czy jednak mozna sie dziwic, ze ludzie obcujacy na co dzien z ta bronia siegaja po kieliszek lub strzykawke? Ich praca to autentyczny koszmar. Dyzur przy rakiecie ”Minuteman” polega na tym, ze przez 24 godziny siedzi sie 30 metrow pod ziemia, w kapsule o wymiarach 7x3 metry. I tak co kilka dni, przez cala sluzbe. A w promieniu 300 km nie ma zywego ducha.
Tak wygladaja warunki amerykanskie. A rosyjskie? W okresie glasnosti wladze pozwolily dziennikarzom zajrzec na poligon atomowy w Siemipalatynsku. Dostepu do tego ”superstrzezonego” obiektu chronila rozchybotana brama zamykana na lancuch z klodka. Jesli tak wygladalo na zewnatrz, to jak zyje sie w srodku. I to na co dzien, a nie od swieta, gdy przyjezdzaja dziennikarze.
Jeszcze trudniejsze warunki sa na Syberii. Podobno w latach 80-tych zziebnieci i niezbyt trzezwi zolnierze odpalili rakiete (na szczescie nie uzbrojona), gdy sprobowali wykorzystac ja do podgrzania czajnika herbaty. Moze do systemu zabezpieczen nalezy wprowadzic dodatkowo alkomat.
Wszystko to jest jednak niczym w porownaniu ze sluzba na okretach podwodnych, wyposazonych w rakiety jadrowe. 150 mezczyzn, stloczonych na niewielkiej przestrzeni, przez 2-3 miesiace zyje w pelnym oderwaniu od swiata. Marynarze mowia, ze po dwoch tygodniach traca poczucie czasu, nie wiedza kiedy jest noc, kiedy dzien, ile dni minelo od zanurzenia. Nawet odpoczynek jest udreka, bo trzeba spac na pietrowych kojach, majac do dyspoozycji przestrzen o wymiarach 1x2x0,5 metra. Psycholodzy ostrzegaja, ze w sytuacjach ekstremalnych nie mozna polegac na refleksie i przytomnosci umyslu tych ludzi. Generalowie sa jednak zdania, ze w razie kryzysu organizm marynarzy zmobilizuje sie i bedzie dzialal sprawnie.
Ale nawet jesli tak sie stanie, to bez odpowiedzi pozostaje pytanie o reakcje oficera, ktory nacisnie ten prawdziwy guzik. Prezydenci wydajac rozkazy dzialaja w sferze pewnej fikcji, nikogo bezposrednio nie zabijaja, podejmuja tylko jedna z wielu decyzji. Natomiast oficer przy wyrzutni wie, ze w kilka minut po jego decyzji padna tysiace, moze miliony ofiar. Czy jego sumienie udzwignie taki ciezar?

 


Canpol Solutions Przeszukaj Katalog -- przeszukaj katalog / zamowienia, komentarze --  Poczta Polonijnej Witryny

Internet ExplorerUzywaj zawsze najnowszej przegladarki M.I.E. lub, ewentualnie Netscape ktorej, niestety na razie nie polecamy.. Netscape

Canpol Solutions © Polonijna Witryna